AVE
ROMA

KORESPONDENCJA Z RZYMU

 

 

 

Tekst: Giacomo Mordini

Tłumaczenie: Justyna Kantorowicz

 

Rzym jest miastem intrygującym lecz trudnym do zrozumienia, ponieważ jest różnorodny. To miasto wywołuje podwójne wrażenie na swoim obserwatorze. Z jednej strony budzi fascynację i podziw, z drugiej smutek, za którym kryje się złość i zniechęcenie. Jeśli pierwsze wrażenie rodzi się z niezaprzeczalnej urody miasta, to drugie z irytacji złą organizacją i niewydolnością infrastruktury miejskiej.

 

W obliczu skandali politycznych i aresztowań na tle korupcji, ataków na centra uciekinierów i przemocy w stosunku do imigrantów, które to plagi dotknęły miasto w ostatnich miesiącach, nie wiadomo już co myśleć o stolicy Włoch. Epizod z 19 lutego bieżącego roku, kiedy to grupa kibiców holenderskich Feyenoordu zdewastowała centrum miasta, przemienił jeden z najpiękniejszych rzymskich placów, Plac Hiszpański, w zgliszcza pod otwartym niebem. Dokonanie nieodwracalnych zniszczeń historycznej Fontanny Pietro i GianLorezno Berniniego z początku XVII w. jest oznaką tego, czym Rzym stał się w ostatnich latach. Stał się miastem w fazie dekadencji, odległym od antycznych splendorów i wciąż bardziej „prowincjalnym”niż metropolitalnym. Dodajmy do tego wszechobecną betonową zabudowę i przypadki nadużyć budowlanych, które redukują zielone przestrzenie miasta, żeby stworzyć nowe osiedla na peryferiach. Miary goryczy dopełniają inne plagi: wszechobecne korki komunikacyjne, słaby transport publiczny, niewydolność publicznej administracji (typowe włoskie zło). W tym trudnym do zrozumienia mieście łatwo zrozumieć gorycz jego mieszkańców i turystów.

W lecie 2015 roku „New York Times” i „Le Monde” opublikowały dwa artykuły o Rzymie, opisując sytuację miasta w stanie zaniedbania i szerzącej się korupcji. Teksty zilustrowano obrazami walających się śmieci w okolicach dzielnicy Travestvere, Łuku Konstantyna, Coloseum, będącymi oznaką okresu trudności, przez które przechodzi miasto. Od tego momentu Rzym znalazł się w centrum krajowej i międzynarodowej uwagi a podjęta debata na temat degradacji miasta stała się pożywką dla mediów ożywiając internetowe fora, na których dyskutowano o problemach stolicy Włoch. Krzyczące tytuły gazet wywoływały burzę medialną. Wypowiadały się liczne osobistości życia publicznego, broniąc miasta lub dokładając szczypty krytyki. Wydaje się, że miasto jakim jest Rzym przechodzi fazę głębokiego kryzysu politycznego i kulturowego. Opinię taką podziela wielu mieszkańców Rzymu.
Z badań na temat jakości życia i lokalnych usług publicznych, zrealizowanych w czerwcu 2014 r. przez agencję do spraw kontroli i jakości lokalnych usług publicznych stolicy Włoch, które to badania mogą być uznane za wyznacznik opinii mieszkańców na temat życia w stolicy, wynika, że Rzymianie są raczej niezadowoleni ze swojego miasta. Poprzez narzędzia kwestionariusza online zanalizowano subiektywną satysfakcję odczuwaną w zestawieniu z osiemnastoma usługami miejskimi podzielonymi na pięć podstawowych kategorii: transport publiczny (autobusy, tramwaje, metro i taksówki), usługi o charakterze uniwersalnym (woda pitna, czystość drogowa, zbiórka śmieci i oświetlenie drogowe), kategoria socjalna ( żłobki, usługi miejskie i apteki gminne), kulturowa (Audytorium, Pałac Ekspozycji i Stajnie na Kwirynale, Biopark, muzea i biblioteki) i inne ogólne usługi (usługi pogrzebowe, płatny postój, parki i inne). W skali od 1 do 10, gdzie 8 – 10 oznacza „bardzo usatysfakcjonowany”, 6 –7 „wystarczająco usatysfakcjonowany”, 4 – 5 „mało usatysfakcjonowany” i 1 – 3 „ kompletnie nieusatysfakcjonowany”, ocena jakości życia w Rzymie w 2014 r. osiągnęła średnią 5.71, więc niewystarczalną.

 

 

Obszary, którymi Rzymianie okazali się ogólnie najbardziej nieusatysfakcjonowani, są te związane z miejską higieną, czystością dróg i zbiórką śmieci. Szacunkowo osiągnęły one punktację 4 i 5,2; podobnie niskie wyniki osiągnęły naziemny transport publiczny (4,6) oraz płatny postój (4,6). Usługi ocenione natomiast najbardziej pozytywnie, jak można się spodziewać po mieście, które przez wieki pełniło rolę centrum sztuki i cywilizacji zachodniej, to te związane z kulturą i czasem wolnym. Osiągnęły one łącznie średnią 7.6. Badanie ukazało pogorszenie jakości życia w stolicy w latach 2013 – 2014, po tym jak od 2009 r. do 2012 r. zależność między systemem usług publicznych i jakością życia została oceniona bardziej pozytywnie, z wyższą średnią punktacją roczną , ale wciąż małą, 6.

Co wpłynęło na pogorszenie w ostatnich latach? Częściowo jest to konsekwencja kryzysu politycznego, który dotknął Włochy od 2012 r., podczas którego władzę sprawowały jeden po drugim, rząd techniczny i dwa rządy koalicyjne, z których żaden nie reprezentował określonej i otwarcie wyrażonej większości wyborczej.W mieście nastąpiło spowolnienie rozwoju, zapanował nieład a częste manifestacje polityczne stały się utrapieniem.

Przejdźmy teraz do sondażu na temat jakości życia, zrealizowanego tym razem przez Komisję Europejską - „Jakość życia w miastach” z 2012 r., który zarejestrował poprzez wywiady opinię 41.000 osób na temat różnych aspektów życia miejskiego w 79 miastach UE. Na początku badania czytamy, że 80 % mieszkańców Europy jest zadowolonych z miast, w których żyją, i że miejsca publiczne, zielone przestrzenie, czystość i poczucie bezpieczeństwa osiągnęły stopień satysfakcji ogólnie wysoki. Jednakże wydaje się, że Rzymianie nie wchodzą w skład tych 80 %. Rzym jest rzeczywiście zawsze na niskiej pozycji w klasyfikacji, uzyskując słabe notowania w obszarze transportu publicznego, szkolnictwie i usługach edukacyjnych, działalności instytucji publicznych i wydajności usług administracyjnych, czystości i polityki wsparcia środowiskowego. Jedynym aspektem, z którego Rzymianie są bardzo usatysfakcjonowani, okazuje się być dyspozycyjność sklepów sprzedaży detalicznej, ale to marne pocieszenie. A propos środowiska naturalnego i wspierania go (w czym to Rzym spada wręcz na ostatnie miejsce listy Komisji Europejskiej), w raporcie Ekosystem miejski 2014, traktującym o jakości środowiska głównych miast włoskich, widzimy, że Rzym jest, po raz kolejny, w ostatniej części klasyfikacji, osiemdziesiąty drugi na 104 badane miasta. Badanie pokazuje główny problem stolicy i ogólnie miast włoskich. W przeciwieństwie do innych państw europejskich, które inwestują w transport publiczny, Włochy mają trudności z redukcją liczby samochodów poruszających się po mieście i z negatywnymi tego skutkami, którymi są: korki uliczne, ogromny hałas, wypadki i zanieczyszczenie spalinami.

Żeby zrozumieć tę sytuację i wytłumaczyć ciągłą niewydolność transportu publicznego, który trapi stolicę, wystarczy niewiele informacji: w Rzymie jest 71 samochodów na 100 mieszkańców, liczba wyższa zarówno w stosunku do innych miast włoskich (Mediolan 57, Neapol 56), jak i w stosunku do stolic europejskich (Madryt 32, Berlin 35, Londyn 36, Barcelona 41, Paryż 45); Rzym ma 36 km długości metra, podczas gdy Londyn 408, Madryt 284, Paryż 213, Berlin 144, Barcelona 107 i Sztokholm 106; buspasy stolicy mają 111 km, gorzej w stosunku do mniejszych miast takich jak Mediolan (289 km) i Turyn (119 km), nie mówiąc już o Wiedniu (600 km). Z tymi liczbami jest praktycznie niemożliwe, żeby Rzym mógł współzawodniczyć w kwestii jakości życia z innymi wielkimi miastami UE, które posiadają nie tylko bardziej solidny transport metrem, ale też naziemne środki komunikacji, co na podstawie liczby samochodów prywatnych będących w użyciu, wykazuje, że są dużo bardziej efektywne.

Zanalizujmy teraz wskaźnik „Better Life Index” z OSCE, który liczy stopień dobrobytu w różnych krajach i może być przydatny w ukazaniu problemu jakości życia i dobrobytu z perspektywy międzynarodowej. Wskaźnik stawia Włochy na dwudziestym trzecim miejscu w świecie na trzydzieści sześć analizowanych krajów. Na podstawie złożonej oceny stopnia satysfakcji z własnego życia w skali od 1 do 10, Włosi osiągnęli średnią ocenę 6, gorszą od średniej OSCE (6,6). Bel Paese może pochwalić się bardzo dobrą punktacją w tylko dwóch z jedenastu parametrów użytych w badaniu: w równowadze życia prywatnego, pracy i dochodach oraz bogactwie, zajmuje jednak pozycję poniżej średniej jeśli chodzi o mieszkanie, dobrobyt subiektywny, jakość środowiska, zatrudnienie i zarobki, i w końcu wykształcenie oraz kompetencje. Nie są to oczywiście wyniki satysfakcjonujące. Ale powróćmy do Rzymu. Widzimy miasto przedstawiające serię problemów, z których wiele jest obiektywnie trudnych do rozwiązania, jak np. możliwość sprawnego poruszania się po mieście. Dostrzegamy bezradność i kompromitującą jakość życia mieszkańców. Dużo jest jeszcze pracy do wykonania, jeśli chce się uczynić stolicę Włoch miastem znośnym do życia i bardziej „na miarę człowieka”.

Jednakże jest jednak ważna rzecz do przemyślenia: w raporty o jakości życia i w wywiady nie wchodzą serie czynników, które przyczyniają się do dobrobytu osobistego, ale nie mogą zostać wzięte pod uwagę, takie jak jakość pogody, dobre jedzenie, piękno centrum historycznego, place czy pomniki. Wykluczając pogodę, oczywiste jest, że inne elementy nie są mierzalne. Są czymś, co nie należy do sfery liczb, i co nie może zostać ocenione, z którego to powodu nie znajdziemy ich w żadnej statystyce. W przypadku Rzymu, można byłoby po prostu stwierdzić, że miasto wyraża to, co ma najlepszego, w tym co jest niemierzalne, zaś to, co najgorsze, w tym, co jest mierzalne. Z tego powodu, badania na temat jakości życia powinny być odczytywane z pewną uwagą i ostrożnością. Dając priorytet liczbom i wykresom zbudowanym na ich bazie ryzykuje się zbyt łatwe skazanie i zniesławienie miasta, które może źle funkcjonować, ale jednocześnie posiada piękno i czar jedyny i wyjątkowy.
Jeden spacer w centrum historycznym może spowodować momentalne zapomnienie o jego wadach i sprawić, że czujemy się – mimo wszystko – szczęśliwi i obdarowani możliwością cieszenia się tym, co miasto ma do zaoferowania. I to odnosi się zarówno do turystów jak i, przede wszystkim, do mieszkańców Rzymu. W tym świetle można mieć wątpliwości, co do idei badań statystycznych lub opinii medialnych, mogących być miarodajnym miernikiem realnego dobrobytu. Koncept jakości życia okazuje się ostatecznie niemożliwy do zdefiniowania powszechnie i obiektywnie, z powodu swoich licznych subiektywnych aspektów. Badania na temat jakości życia pozostają interesującymi narzędziami, dzięki którym można próbować coś zrozumieć, poza naszymi ograniczonymi doświadczeniami osobistymi.Uzyskujemy wiedzę na temat tego, jak mogłoby wyglądać życie w mieście lub kraju, które nie są naszymi stronami rodzinnymi. Możemy zobaczyć ich mocne punkty i główne problemy, i z takiego powodu powinny być szczególnie potrzebne publicznej administracji, która na bazie informacji i wyników tych badań może kontrolować poziom wydajności usług publicznych i administracyjnych własnych miast.

Nawet jeśli znamy Rzym poprzez jego antyczną historię, nie jest on w rzeczywistości tylko starożytny: posiada muzea futurystyczne takie jak Maxi (Muzeum Narodowe Sztuki XXI wieku) i Macro (Muzeum Sztuki Współczesnej), które będąc zaprojektowane przez takie sławy architektury jak ZahaHadid i Idole Deck, otwierają miasto na nowoczesność i współczesność.

Wydaje się, że powinien zostać podjęty dyskurs na temat kondycji Wiecznego Miasta. Krytyczne głosy w ocenie Rzymu nie ukazują wszystkich perspektyw tego fenomenu, jakim jest miasto o takiej tradycji. Medialna nagonka sprawia wrażenie, iż miasto należy do czasu przeszłego. Ale tak nie jest. Ono nadal tętni, lecz jak zraniony żywy organizm. Jest w nim piękno i brzydota, moralny upadek oraz duchowa i estetyczna wzniosłość, najwyższej klasy światowy design i odpady konsumpcjonizmu zalegające ulice. To, jak je postrzegamy zależy od naszej wrażliwości, dystansu i pragnień.

Rzym jest miastem Michała Anioła ale też aniołów upadłych…

 

 

 

POEZJA OGRODÓW

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytorial: Valco Media

 

 

W spirali samorozwoju - wychować w sobie milionera

Opublikowany 2015/08/18

Tekst: Katarzyna Majgier
psycholog, pisarka, autorka powieści „Milioner z Gdańska”

 

Niedawno skończyłam roczny kurs scenariopisarstwa w szkole filmowej. Kiedy wspominałam, że go robię, słyszałam na ogół „a po co ci to?”, „nie masz co robić?”, „nie szkoda ci czasu”? Było to zaskakujące, bo wydaje się, że wykształceni, dojrzali ludzie, cenią wiedzę. Że jest ona dla nich czymś wartościowym, co dobrze jest zdobywać i gromadzić, bo zawsze może się przydać.

 


Kurs robiłam w swoim wolnym czasie i wspominając o nim niczego od nikogo nie oczekiwałam, a jednak – informacja o tym, że weekend spędzam „w szkole” wywołała takie właśnie reakcje: od zaskoczenia, poprzez ironiczne uśmieszki po oburzenie, że można mieć czas na coś takiego. W dodatku wiedza „artystyczna” uważana jest za niepraktyczną. Pytano mnie bowiem także „To nie lepiej byłoby zrobić MBA?” i „A po co? Będziesz pisać telenowelki?”

Zważywszy, że nie jestem „kadrą zarządzającą” w korporacji, tylko pisarką i nie planuję zamieniać pisania na zarządzania, myślę, że nie lepiej. Zdziwiłam się też, że scenariusze kojarzą się tylko z „telenowelkami”.

Uświadomiło mi to jednak, jak nisko w naszym społeczeństwie ceni się kulturę i wiedzę. W szczególności jeśli nie przekłada się ona od razu na zarobki czy pozycję w pracy.

Czym właściwie jest teraz wiedza i wykształcenie? Niepotrzebnym zbytkiem? Fanaberią?

Wiedza to balast?

Są dwa podejścia do zdobywania wiedzy: „warto” i „nie warto”. Ta druga szkoła wbrew pozorom ma wielu zwolenników. Są oni przekonani, że nadmiar wiedzy może zaszkodzić, więc lepiej uważać, żeby jej nie przedawkować.

Spotkałam się z opinią, że zdobywanie wiedzy i kwalifikacji utrudnia znalezienie pracy. Bo firmy nie mają pieniędzy i chętniej zatrudnią tanich, niewykwalifikowanych robotników niż osoby wykształcone. Poza tym nikt nie chce mieć podwładnych bardziej wykształconych od siebie.

Kiedy kilka lat temu chciałam zrobić doktorat, usłyszałam, że jeśli to zrobię, to będę miała problem z zatrudnieniem, bo z doktoratem można mieć tylko szefa, nie podwładnego. Musiałabym więc być co najmniej dyrektorką, żeby w ogóle mieć pracę.

Rzeczywiście nie brak osób, które obawiają się „nadmiaru wiedzy” u pracowników. Jednak osoby dysponujące takim „nadmiarem” zwykle nie są na nich skazane. A gdyby z jakichś przyczyn byli, nie muszą ujawniać wszystkich kwalifikacji.

„Uczę się, bo muszę”

Najczęściej pracujące osoby dokształcają się, bo wymaga tego pracodawca albo nowe przepisy dotyczące wykonywanego przez nich zawodu. Taka „wymuszona” edukacja często uważana jest za niedogodność. Szczególnie jeśli trzeba opłacić naukę ze swojej kieszeni lub kiedy odbywa się ona nie w godzinach pracy, a np. w weekendy na kursach i studiach zaocznych.

„Uczę się, by lepiej zarabiać”

Druga grupa dojrzałych, pracujących ludzi, którzy się dokształcają, decyduje się na to, licząc na poprawę sytuacji zawodowej. Zdobyte wykształcenie może zapewnić im awans, czy wyższe zarobki. Mogą też stać się bardziej cenionymi pracownikami.

Czasem zachętą jest możliwość nauki w godzinach pracy czy pokrywanie jej kosztów przez pracodawcę. W takiej sytuacji wiele osób chętnie korzysta z tych możliwości, choć są i takie, które zniechęca konieczność nauki do egzaminów czy pisania prac.

„Uczę się, bo chcę się nauczyć”

Są też tacy i sama należę do tej grupy. Poszłam na kurs z własnej, nieprzymuszonej woli. Nikt by mnie znikąd nie zwolnił, gdybym tego nie zrobiła. Nie dostanę za to podwyżki, ani nie awansuję. Robiłam kurs w wolnym czasie i była to moja, prywatna sprawa.

 

 

Okazuje się, że może się to wydawać niepokojące.

Kurs zajął mi dziesięć weekendów. Plus wiele godzin spędzonych na czytaniu zadanych książek i pisaniu prac, których było niemało. Po co mi to było? Nudzi mi się, czy co?

Uczestnictwo w kursie pozwoliło uporządkować i rozwinąć moją wiedzę na temat pisania. Mogłam ćwiczyć różne umiejętności i otrzymywać feedback. Był to też ciekawy sposób spędzania wolnego czasu.

Jednak musiałam poświęcić na to czas.

Nauka pochłania czas

Jeśli wiedzę zdobywa się w wolnym czasie, brak go na wypoczynek, czy dla bliskich osób. Na pewno przyjemniej jest spędzić weekend na życiu towarzyskim, spacerze lub przed telewizorem. Zawsze jest to „coś za coś”.

Skończyłam kurs, od lat piszę książki i dużo czytam, ale za to praktycznie nie oglądam telewizji. „Telenowelki”, o które mnie pytano, czy chcę pisać, są mi kompletnie nieznane. Nie dlatego, że uważam je za złe. Dlatego, że brak mi czasu, bo poświęcam ten czas na coś innego, co dla mnie jest ważniejsze niż odpoczynek przed telewizorem.

Osoby, które dziwiły się, że znajduję ten czas nie mają rodzin i innych zobowiązań, zajmujących czas. Zwykle po ośmiu godzinach pracy wracają do domu i mają wolne weekendy. Najchętniej jednak spędzają je w domach, odpoczywając, jednak „weekend w szkole” uznały za stratę czasu.

Wiedza kosztuje

Czas zwykle nie jest jedynym kosztem. Dodatkowe studia czy kursy na ogół są płatne, więc kandydaci na nie zastanawiają się: czy na pewno warto wydać pieniądze na to, czy na ważniejsze potrzeby. Niektórzy traktują naukę jako inwestycję, która się zwróci i może przynieść zysk.

Poza tym są darmowe kursy, a nawet studia podyplomowe. Zwykle jednak trzeba przejść selekcję, aby się na nie dostać. Tak było z moim kursem. Kiedy przygotowywałam dokumenty, niektórzy się krzywili: „a nie lepiej zapłacić?” Gdybym płaciła, pytanie brzmiałoby zapewne „nie szkoda pieniędzy?”

Płatnej alternatywy nie było, ale gdyby była, też spróbowałabym przejść selekcję. Głównie po to, aby się sprawdzić. Przygotowanie dokumentów, zebranie recenzji moich książek, itp. było dla mnie okazją, aby się temu na spokojnie przyjrzeć. Mogłam podsumować swój pisarski dorobek, więc choć zajęło mi to wiele godzin, nie był to wcale czas stracony. To samo mogę powiedzieć o samym kursie.

Czemu nie spróbować?

Może więc warto czasem „wyjść ze strefy komfortu” i zamiast spędzać kolejne weekendy w domu, wyjść i spróbować się czegoś nauczyć?

Nie muszą to być od razu te studia MBA. Może na początek lepiej na jednodniowych weekendowych kursach sprawdzić, jak to jest i czy odpowiada ci „nauka w dorosłym wieku”?

Można spróbować znaleźć warsztaty hobbystyczne i na kilka godzin zostać fotografem, cukiernikiem czy tym, kim zawsze chciało się zostać? W większych miastach oferta takich zajęć jest szeroka. Zdarzają się nawet darmowe kursy i warsztaty.

Być może okaże się, że tobie też służy zdobywanie nowej wiedzy i przydaje się ona w tym, co robisz na co dzień? Może wciągnie cię to tak, że zanim się obejrzysz, nauczysz się wszystkiego, co zawsze cię pociągało? I zanim się obejrzysz, skończysz te studia MBA albo inne, które pozwolą ci zmienić pracę na lepszą, więcej zarabiać, czy po prostu – dobrze się bawić.